Tuesday, 9 February 2010

Brak tytułu oblepiony nie mniej ode mnie samej


Tonę w Gombrowiczu. Ładuję się Gombrowiczem. Mój mózg kipi od Gombrowiczowskiej myśli, przetwarza ją i akumuluje gdzieś w organizmie, rozpuszczoną w litrach miętowej herbaty. Odkładam książkę na godzinę czy dwie, gdy czuję kłucie sumienia, nawracającego mnie do nauki, ale po kilkunastu stronach Historii sztuki czuję znudzenie wymieszane z dziwnym przyciąganiem zza pleców. Za plecami leży Dziennik... I wracam do tych słów lekkich, a naładowanych, skupionych, ukierunkowanych i szaleńczo wolnych jednocześnie. Tonę znowu, zanurzam się po brodę, po nos, po czubek głowy odciążonej z włosów i czytam. Dla lepszego przetwarzania słowa zapijam, rozrzedzam je kolejną herbatą podaną w odrażającym kubku, który wyjątkowo jakoś mi umyka. Brzydota mi umyka, przepędzona dlikatnym ruchem Gombrowiczowskiego lekkiego wywodu.
I zastanawiam się, na ile to co teraz piszę, jest przesiąknięte nim. Do jakiego stopnia pozwoliłam jego słowu wpić się w moje słowo, jego myśli oblepić myśl moją. Nie wiem, nie mam pojęcia, ale pozwalam sobie na takie czerpanie, na takie oblepienie, bo nie pozostaję w tym bierna. Nie wyłupiam sobie oczu, by wstawić nowe. Zakładam okulary i przez ich nowe-stare szkła pozwalam moim oczom patrzeć na wszystkie strony.
Czerpię przyjemność, upajam się, dostarczam mózgowi swojemu słodko-kwaśnej w smaku używki, dawkując ją świadomie i trzeźwo, lecz jakby trochę poza sobą. A wtem myśl mi przez głowę przechodzi, że i tu po śladach Gombrowicza idę, tegoż wskazówek się trzymam i styl jego, już nie pisarski, ale ogólną postawę wobec własnego pisania przyjmuję jako swoją.
Zatrucie to minie, wiem o tym i tymże sposobem się uspokajam. Acz tylko na pokaz się uspokajam, dla innych raczej, nie dla samej siebie. Bo mnie zatrucie to odpowiada. Ba, upaja mnie i do półdzikiego stanu jakiegoś doprowadza. Nie śpieszno mi wyzbywać się tego narkotycznego stylu Gombrowicza...

No comments:

Post a Comment